Realizacja powołania daje prawdziwą radość.

 

Jan Paweł II [za św. Pawłem (1 Kor 1,26)], kierując te słowa do wiernych w Tarnowie 10.06.1987 r. podczas Mszy Świętej beatyfikacyjnej Karoliny Kózkówny, mówi do nas wszystkich, byśmy zastanowili się nad tym, co jest dla nas najważniejsze. Bóg, stwarzając nas, nadał nam cel, do którego mamy zdążać oraz hierarchię zadań (powołań) tu na ziemi.

 

Gdy słyszymy słowo „powołanie”, to na myśl przychodzi nam powołanie np. księży. Skojarzenie to jest dobre, bo bez powołania nie byłoby kapłanów bądź byliby tacy, których nie chcemy – bez powołania.

Powołanie to rzeczywistość, która dotyczy nas wszystkich. Często się mówi, że ktoś jest „z powołania” nauczycielem czy lekarzem. Stwierdzenie to może być prawdziwe i często jest, ale bardzo upraszcza i spłyca temat. Bóg nas wszystkich woła („po wołanie”) i zaprasza przede wszystkim do współdziałania, współuczestnictwa, współstwarzania Bożego świata. To zaproszenie kieruje do nas w pewnym porządku, pewnej hierarchii ważności. Bóg nie mówi: „Jesteś powołany do bycia nauczycielem i masz być bardzo dobrym pedagogiem, a wszystko inne jest nieważne, wszystko inne możesz zaniedbać”. Pierwszą i najważniejszą rzeczywistością, do której Stwórca nas powołuje, jest świętość (powołanie do świętości).

 

Pierwszą i najważniejszą rzeczywistością, do której Stwórca nas powołuje, jest świętość.

 

Powołanie do świętości to powołanie do normalności. Mamy żyć normalnie w środowiskach, w których jesteśmy: domu, małżeństwie, rodzinie, szkole, pracy, przestrzeni publicznej. Mamy żyć normalnie, tzn. po chrześcijańsku jak najlepiej wykonywać to, co mamy wykonać we wcześniej wymienionych miejscach, pozostając w ciągłej, prawdziwej relacji z Bogiem. Żyć normalnie to nie znaczy kombinować z podatkami, bo to „normalne”, że wszyscy kombinują; pić alkohol, bo to „normalne” – wszyscy piją; kłamać, bo to „normalne” – wszyscy kłamią; jeść mięso w piątek, bo to „normalne” – wszyscy jedzą; obgadywać księży i innych, bo to „normalne” – wszyscy obgadują; robić po swojemu, a nie zgodnie z wolą Bożą, bo to „normalne” – ja wiem najlepiej, jak mam robić; stosować antykoncepcję, bo to „normalne” – wszyscy stosują; zezwalać na mieszkanie razem przed ślubem, bo to „normalne” – wszyscy mieszkają itd. Nie. Żyć normalnie, po chrześcijańsku (dążyć do świętości, realizować powołanie do świętości) to przy każdej decyzji zastanowić się, co powinienem zrobić jako chrześcijanin? Jak Jezus postąpiłby na moim miejscu? Powołanie do świętości to nie życie mistyczne i lewitowanie, ale budowanie chwały Bożej, budowanie Kościoła na ziemi, tu, gdzie jesteśmy – w rodzinie, pracy, wspólnocie. Znaczna większość świętych wyniesionych na ołtarze też osiągnęła świętość poprzez normalne, chrześcijańskie życie, a nie mistycyzm, który dla piękna i zrozumienia Kościoła też został niektórym jednostkom (świętym) dany. Do świętości są jednak powołani wszyscy, nie tylko mistycy. Wspomniana wyżej bł. Karolina Kózkówna osiągnęła świętość poprzez normalną, chrześcijańską postawę – broniła swojej godności. Święci małżonkowie – Maria i Luigi Quattrocchi, Zelia i Ludwik Martin, Licia i Settimio Manelli czy św. Joanna Beretta Molla – żyli codziennym chrześcijańskim życiem i w ten sposób realizowali powołanie do świętości. Zachęcam do poczytania życiorysów świętych, a zobaczycie, że mieli oni normalne życie, kłopoty, słabości, czasami nawet okresy tzw. ciemności. Cały czas jednak nie zapominali, co jest najważniejsze, i dążyli do tego.

 

… przy każdej decyzji zastanowić się, co powinienem zrobić jako chrześcijanin? Jak Jezus postąpiłby na moim miejscu?

 

Powołanie do świętości to powołanie do pełnego szczęścia z Bogiem. Stwórca postawił nas w tym miejscu, w którym jesteśmy, z tym mężem lub żoną, z tymi dziećmi, z tą pracą, z tymi znajomymi. Jeżeli tak, to właśnie to miejsce jest dla nas najlepsze do uświęcania się i osiągnięcia zbawienia. To znaczy, że tu mamy zachowywać się normalnie, tu mamy budować Boży świat, Boże królestwo i przez to mamy się uświęcać. Często narzekamy, mówimy, że gdybym miał lepszą pracę, miała lepszego męża itp., to by było lepiej, łatwiej. Może tak by było, ale może wtedy trudniej byłoby osiągnąć świętość, trudniej by było realizować to, po co jesteśmy tu na ziemi – uczyć się miłości.

 

Każdy z nas powołany jest do świętości. Bal Wszystkich Świętych 2018 dla Rodzin Guadalupiańskich.

 

Tym sposobem przeszliśmy do drugiego w kolejności powołania – powołania do miłości. Bóg nas obdarza i zaprasza do tego, byśmy realizowali powołanie do miłości. On sam jest miłością, a my zostaliśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo. (…) rzekł Bóg: „Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam”. (…) Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1, 26‑27). Mamy więc stawać się miłością. Co to znaczy stawać się miłością, żyć miłością? Jezus powiedział: Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie (J 13, 34). On nas umiłował, oddając za nas życie na krzyżu. My także do takiej miłości jesteśmy powołani i tylko taka miłość jest prawdziwa. Mamy (oczywiście w dzisiejszych czasach najczęściej nie dosłownie) oddawać za innych życie. Ma się to odbywać poprzez rezygnację z własnego ja, z własnych wygód, z własnego egoizmu na rzecz drugiego człowieka. Często powinno to się przejawiać w bardzo prozaicznych sprawach. Na przykład jestem bardzo zmęczony po pracy, ale widzę, że żona ma dużo obowiązków domowych i idę za nią zmywać naczynia, rozwieszać pranie czy zmywać podłogę. Mam zaplanowany trening wieczorny, ale widzę, że sąsiad potrzebuje pomocy, więc rezygnuję z treningu i bezinteresownie pomagam. Widzę, że znajomym popsuła się pralka, a ja nie muszę wiązać końca z końcem, to idę i kupuję im pralkę, bo przecież i tak wszystko, co mam, dał mi Pan.

 

Każdy z nas powołany jest do miłości.

 

Oczywiście w okazywaniu miłości musi być zachowana hierarchia. Najpierw swoim zachowaniem nie zaprzeczam miłości do siebie, np. żona w imię miłości do męża nie może pozwalać mu się wykorzystywać czy krzywdzić. To jest zaprzeczeniem miłości do samego siebie. Nie można kochać kogoś, nie kochając siebie. Następnie przejawy miłości powinny wędrować do najbliższych – współmałżonka i dzieci, a dopiero potem do pozostałych bliźnich. Z obowiązku stanu nasza miłość najpierw należy się najbliższym i nie można jej zaniedbywać, tłumacząc się czynieniem dobra dla innych.

 

… nasza miłość najpierw należy się najbliższym i nie można jej zaniedbywać, tłumacząc się czynieniem dobra dla innych…

 

Do miłości jesteśmy powołani, tzn. mamy być sługą innych, tak jak Chrystus był i jest sługą. z tego wynika, że miłość wobec innych jest naszą powinnością i jako chrześcijanie mamy obowiązek kochać, czyli zapierać się samych siebie i służyć innym, oddając swój czas, pieniądze, zaangażowanie, siły, poświęcenie. Nasza miłość nie od razu musi być miłością ofiarną polegającą na tym, że natychmiast oddamy całego siebie, w pełni będziemy się poświęcać, spalać dla innych. Ta miłość może przechodzić różne fazy, etapy i formy. Warto byłoby zgłębić, co oznaczają greckie określenia miłości: eros, philia, storge, agape. My mamy jedno określenie, pod którym to wszystko się kryje. Natomiast Grecy pod pojęciem eros rozumieją miłość pociągającą nas do kogoś np. poprzez jego cielesność, ale nie tylko, także poprzez np. odwagę czy mądrość. Philia to miłość harmonijna, spokojna, przyjacielska. Storge to miłość wynikająca z więzi rodzinnych, np. matki do syna. Szczytem zaś miłości jest miłość bezwarunkowa, miłość bezinteresowna, miłość całopalna, poświęcenie siebie w darze drugiemu człowiekowi lub ludziom – miłość agape.

Mimo że jesteśmy powołani do miłości i mamy obowiązek miłować, to forma tej miłości zależy już od osób, do których ją kierujemy. Jeśli ktoś jest godny zaufania, to obdarowujemy go pełnią miłości i oddajemy całego siebie. Służymy mu, spalając się bezinteresownie dla niego. Jeśli natomiast ktoś jest krzywdzicielem, to czasami wyrazem miłości do niego będzie oddalenie się od niego, by nie dokonał kolejnego zła na nas – chronimy go w ten sposób przed popełnianiem grzechu. Czasami okazaniem miłości będzie separacja z mężem alkoholikiem czy przemocowcem bądź wyrzucenie syna narkomana z domu, by nie utwierdzać ich w problemie. Na pozór kobieta okazuje miłość, opiekując się takim synkiem czy takim mężem, lecz w rzeczywistości zaprzecza miłości, pozwalając krzywdzić siebie, pozwalając, by syn czy mąż popełniali zło i by dokonywali na sobie destrukcji.

Trzecią w kolejności rzeczywistością, do której Bóg nas powołuje, jest małżeństwo – powołanie do małżeństwa. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył: stworzył mężczyznę i niewiastę (Rdz 1,27). w pełni osiągamy swoje człowieczeństwo, uzupełniając się jako kobieta i mężczyzna – Bóg stworzył człowieka jako mężczyznę i kobietę.

 

Powołanie małżeńskie to służba małżonkowi.

 

Co znaczy powołanie do małżeństwa? To nic innego jak służba współmałżonkowi i wzięcie odpowiedzialności za niego, za jego zbawienie, za nasze wspólne zbawienie – budowanie duchowości małżeńskiej. Jeżeli biorę ślub, to znaczy, że od dnia ślubu małżonek jest dla mnie najważniejszy i wszystko, co robię, robię dla jego dobra. Jeśli biorę ślub, to od dnia ślubu sprawą, która jest dla mnie najważniejsza, jest małżeństwo. Wszystko, co robię, ma być dobre dla małżeństwa i rodziny. Takie mają być również moje decyzje. Jeżeli podejmuję decyzje dotyczące małżeństwa i rodziny, czynię to wspólnie z małżonkiem. Nie wyjeżdżam do pracy za granicę, jeśli tego nie przemodlimy z żoną czy mężem, jeśli razem nie stwierdzimy, że to będzie dobre dla naszego małżeństwa i rodziny. Nie zatracam się w pracy, dopisując do tego ideologię, że to dla dobra rodziny, by miała lepszy byt, jeśli przez to zabieram czas małżeństwu czy rodzinie. Nie angażuję się nadmiernie w działalność parafii czy wspólnoty, jeśli cierpi na tym małżeństwo czy rodzina. Powołanie wynikające ze stanu – być dobrą żoną lub mężem, matką czy ojcem – jest ważniejsze niż powołanie do bycia dobrym nauczycielem czy parafianinem. Najpierw mamy sumiennie wypełniać swoje obowiązki w rodzinie. Większym złem niż dobrem będzie uczestnictwo w zajęciach przy kościele czy nawet we Mszy Świętej matki, jeśli w tym czasie dzieci będą głodne czy zaniedbany dom. Służba wspólnocie, parafii czy w pracy jest potrzebna, wręcz konieczna i do niej też jesteśmy powołani (czwarty w kolejności rodzaj powołania). Ma ona wypływać z pięknego wypełniania powołania do życia w małżeństwie i rodzinie, a nie zastępować to powołanie. Gdy będziemy służyć sobie w małżeństwie i rodzinie, dawać sobie czas, pomagać sobie wzajemnie w wykonywaniu obowiązków, mieć z mężem bądź żoną dobrą więź i komunikację, a także poukładaną relację seksualną, jeśli będziemy troszczyć się o niego czy o nią, to będziemy właściwie realizować powołanie do małżeństwa. Jeżeli będziemy mieli dobre relacje z dziećmi, a one z nami, to znaczy, że w odpowiedni sposób wypełniamy powołanie do życia w rodzinie. To natomiast będzie skutkowało chęcią dzielenia się z innymi. Wtedy chętnie będziemy służyć wspólnocie, parafii, w pracy, osobom, którym ofiarowujemy swój czas, zaangażowanie, pomoc, pieniądze.

Jak już wspomniałem, czwartym w kolejności rodzajem powołania jest powołanie do bycia dobrym pracownikiem, do służenia we wspólnocie, środowisku. Mimo że to ostatnie w kolejności powołanie, to niezbędne, by rzeczywistość wokół nas stwarzana była po Bożemu, by Królestwo Boże budowało się na ziemi, by Kościół wzrastał i budowała się jego chwała. Niestety zagrożeniem w wypełnianiu tego powołania jest nasze lenistwo i wymówki, że nie mamy czasu na poświęcanie się w pracy, na solidne jej wykonywanie, na służbę we wspólnocie czy parafii, bo przecież rodzina jest ważniejsza. Najczęściej ci, którzy tak mówią, traktują to jako dobrą wymówkę. Ci, którzy naprawdę mają dużo obowiązków w rodzinie i rozumieją, jak należy realizować powołanie do małżeństwa i rodziny, potrafią tak poukładać swoje obowiązki, by nie zaniedbać najbliższych. Oprócz tego znajdują siłę i czas, by dobrze wykonywać swój zawód oraz służyć innym, np. we wspólnocie czy parafii. Należy pamiętać, że elementem naszego powołania do służby innym i Kościołowi jest dziesięcina, jałmużna i post.

Zastanówmy się, czy dobrze realizujemy nasze powołanie, czy przyjrzeliśmy się mu, do czego nas zachęca Jan Paweł II.

 

Artykuł stanowi fragment książki autora „Jak żyć po chrześcijańsku?”. Można ją nabyć tutaj: wydawnictwo.plock.pl/jak-zyc-po-chrzescijansku lub pisząc do autora: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

 

Dominik Białobrzeski

Mąż Ewy. Ojciec czwórki dzieci. Wychowawca w zakładzie poprawczym. Należy do Wspólnoty Domowego Kościoła. Razem z małżonką zaangażowani w Duszpasterstwo Rodzin Diecezji Łomżyńskiej. Inicjator Kaplicy Wieczystej Adoracji w Ostrołęce.

Artykuły: