Z Kasią nad Morzem Północnym. Czerwiec 2018.

 

Nazywam się Katarzyna. Mieszkam od 11 lat w Norwegii. Jestem pielęgniarką.  Chciałabym podzielić się moją historią zmagania z chorobą: o tym, że Bóg jest dobrym, kochającym Ojcem, który nas prowadzi; o tym, że nie ma w życiu przypadków (jedynie w gramatyce).

 

Gdy miałam półtora roku, na moim ciele pojawiły się plamki, które okazały się być naczyniakami. Ustąpiły one same. Lekarze zdiagnozowali również naczyniaka jamistego gardła, podniebienia, policzka i szyi (naczyniak jamisty to nowotwór łagodny, który wywodzi się z naczyń krwionośnych). Został on zamrożony i nie dawał żadnych objawów do 8 roku życia, aż do momentu, w którym dostałam infekcji gardła i trafiłam do szpitala.

Od pierwszego zakażenia zaczęły się liczne pobyty w szpitalach. Często bolało mnie gardło, szumiało mi w głowie, a zwłaszcza, gdy pojawiał się stan zapalny. Występowały też krwawienia. Niejednokrotnie miałam anemię. Naczyniak rozwijał się razem ze mną, zaś lekarze nie mieli pomysłu, w jaki sposób powstrzymać ten proces. Poddawana byłam różnym zabiegom, biopsjom, angiografiom i jeszcze innym inwazyjnym zabiegom, które notabene były nieporozumieniem, gdyż mogły doprowadzić do obfitego krwawienia. Odkąd zaczęły się pobyty w szpitalach, zaczęłam marzyć o operacji. Na oddziałach pediatrycznych w Lublinie i Warszawie lekarze nie zaoferowali operacji z uwagi na ryzyko powikłań. Mama dzielnie walczyła wraz ze mną. Wychowywała mnie sama, gdyż tata - górnik, zginął w wypadku w pracy, gdy miałam 6 lat. Jedenaście lat ode mnie starszy brat także był wsparciem. A babcia w ogóle była „najsuper”!

W szkole miałam dużo nieobecności, ale przetrwałam. Niejednokrotnie mi proponowano, żebym z uwagi na nawet kilkumiesięczne pobyty w szpitalach - odpuściła. Byłam nieugięta. Do 15 roku życia byłam hospitalizowana może kilkadziesiąt razy.  Bóg pokierował mnie do Szczecina - do najlepszego Profesora na świecie. Te sploty okoliczności są niezwykłe. Skierował mnie do niego inny profesor - mój „ANIOŁ” z Lublina. W Szczecinie przeczuwałam, że Profesor dobrze się mną zaopiekuje.

W ciągu 2 dni miałam zrobione badania i padła decyzja o operacji. Z relacji lekarzy wynikało, że trafiłam do Szczecina w ostatniej chwili. Naczyniak przybrał takie rozmiary, że mógł zająć albo drogi oddechowe, albo pęknąć. Profesor uważał, że bez operacji przeżyłabym tylko pół roku.

 

Profesor uważał, że bez operacji przeżyłabym tylko pół roku.

 

Operacja wypadła 13 lutego w piątek w imieniny Katarzyny, trwała kilka godzin. Dowiedziałam się, że naczyniaka nie usunięto w całości. Jest to niemożliwe, ze względu na rodzaj naczyniaka, który mam. Część, która została usunięta miała rozmiar ludzkiej pięści, zajmowała znaczną część dróg oddechowych. Opatrzność czuwała, że przeżyłam do momentu operacji i ją samą. Wiem z zaufanych źródeł, że ten 70-letni Profesor nocował w wekeend w Klinice i czuwał nade mną. Kolejny Anioł!!! Po operacji dochodziłam do siebie bardzo długo. Niektóre nerwy zostały przecięte a niektóre porażone. Nerw twarzowy po prawej stronie, który odpowiada za grymasy, został porażony na kilka miesięcy. Do domu zostałam wypisana po 2 miesiącach. Niestety naczyniak w dalszym ciągu się rozwijał. Przez 3 kolejne lata byłam hospitalizowana i operowana w Szczecinie. Podawano mi sterydy domiejscowo. Te ostatnie przechodziłam najtrudniej i najboleśniej, niemniej okazały się skuteczną terapią.

Przez naczyniaka miałam znaczące utraty krwi, przetoczonych zostało chyba kilkadziesiąt worków krwi… może nawet 100 l krwi.

Z tej okazji dziękuję wszystkim DAWCOM, nie przeżyłabym bez ich decyzji!!! Zachęcam do oddawania krwi.

Od 18 roku życia miałam się dużo lepiej. Chodziłam do szkoły, zdałam maturę i dostałam się na studia licencjackie, na kierunek pielęgniarstwa (postanowiłam ulokować się „po drugiej stronie” igły). Po studiach rozpoczęłam pracę w szpitalu. Po kilku miesiącach pracy ponownie zaczęły się problemy z naczyniakiem. W szybkim tempie nabrał rozmiarów, czemu towarzyszyły krwawienia. Pojawiła się niepewność, którą potęgował fakt, że nie miałam już zaufanego specjalisty. Profesor, który mi pomógł, był sparaliżowany po wylewie. W tej sytuacji po raz pierwszy zaufałam Bogu. Wiedziałam, że nie mam specjalisty a sytuacja była bardzo poważna. Bez operacji mogłam umrzeć. Powiedziałam: „Boże, jeśli tak ma być, to ok…”.

Bóg miał dla mnie bardzo dobry plan. Profesor z Lublina - „Anioł” zainterweniował ponownie! Zostałam przekierowana do Centrum Onkologii w Warszawie. Poznałam kolejnego mojego „Bohatera” i jego zespół. Szybko zadecydowali o operacji. Miała być bardzo inwazyjna, zaplanowana na około 16 godzin. Było wiele niepewności. Czy przeszczep się przyjmie? Czy będę mogła przełykać? Co z moją twarzą? Nowe blizny? Czy przeżyję??? Naczyniak oplatał tętnicę szyjną. Bałam się też tracheostomii, ale na ten zabieg również się godziłam. Po ludzku się bałam, ale ufałam, że Bóg jest ze mną.

Doktor „Bohater” mnie uprzedził, że nerw twarzowy zostanie przecięty w 90 %. Pamiętam, że szczerze życzyłam im powodzenia. Doktor „Bohater” skierował głowę ku górze i powiedział, że dużo zależy od GÓRY. 

Ufałam Bogu i lekarzom. Wierzyłam, że ON, bez względu na wszystko, będzie ze mną, że poprowadzi operatorów. Jeśli taka jest Jego Wola, to wszystko skończy się po mojej myśli. Prosiłam Jezusa i Matkę Bożą, żeby nie opuszczali mnie podczas operacji. Przed nią modliłam się, rozmawiałam z rodziną i przyjaciółmi. Oni odmawiali za mnie Koronką do Bożego Miłosierdzia i Różaniec (zwłaszcza babcia!). W mojej intencji było odprawianych wiele Mszy świętych.

 

Przed operacją czytałam książkę pt. Uzdrawiająca Moc Ducha Świętego Ojca Witko.

 

Na sali leżałam z pacjentką, która była blisko Boga. Modliłyśmy się, a Ona mówiła mi o mocy Słowa Bożego. Przed operacją czytałam książkę pt. Uzdrawiająca Moc Ducha Świętego Ojca Witko. Opisane w niej były świadectwa ludzi, którzy doświadczali Boga w wielu sytuacjach życiowych, zwłaszcza w chorobach. Czytanie ich wzmocniły moją wiarę w to, że nie jestem sama. Dlatego zdecydowałam się opisać moją historię. Ufam, że ta historia może dać nadzieję chociaż jednemu człowiekowi

 

zdecydowałam się opisać moją historię. Ufam, że ta historia może dać nadzieję chociaż jednemu człowiekowi.

 

W dniu operacji pacjentka wcześniej wspomniana, wręczyła mi do ręki Pismo Święte. Otworzyłam na stronie, na której znajdował się fragment o uzdrowieniu. Zasypiałam na stole operacyjnym z zaufaniem, że mam obok siebie całe NIEBO.

 

Zasypiałam na stole operacyjnym z zaufaniem, że mam obok siebie całe NIEBO.

 

Gdy po wszystkim się obudziłam, to doktor Bohater chwycił moją dłoń i opowiedział mi o operacji. Trwała ona 4 godziny a nie 16! Usunięto część naczyniaka zagrażającą życiu. Nie było potrzeby dokonywać przeszczepu z uda a nerw twarzowy został nieruszony!!!! Nie miałam tracheostomii!! I w dodatku „zafundowali mi” lifting poprzez naciągnięcie skóry po poprzednich operacjach, dzięki czemu lepiej wyglądam niż przed!!!! Stwierdzili, że ratując moje życie wzięli pod uwagę moją twarz. Doktor „Bohater” powiedział, że mieliśmy szczęście. Poprawka ode mnie - mieliśmy BOGA!!!!

Po operacji pojawiły się powikłania w postaci krwawienia z przetoki. Padła propozycja ponownego zabiegu. Pacjentka z mojej sali wręczyła mi do ręki Nowennę do Św. Judy Tadeusza. Rana zagoiła się i zostałam wypisana do domu po kilku dniach.

Od operacji w Centrum Onkologii minęło ponad 12 lat. Miałam kilka epizodów z naczyniakiem, ale nie było to groźne. Pocieszający jest fakt, że statystycznie kobiety po 30 roku życia generalnie nie mają nawrotów. Moje badania kontrolne potwierdzają tę tezę.

Cokolwiek się stanie - ON jest ze mną, ON jest moim ratunkiem. Staram się żyć w Łasce Uświęcającej. To, kim dzisiaj jestem, zawdzięczam Bogu i Maryi, która cały czas była ze mną. Ufam, że wszystko jest po coś. Wierzę, że Bóg prowadził mnie i opiekował się mną cały czas. I robi to do dziś. Dzięki Jezusowi łatwiej przechodzę przez trudności, ale również jestem bardziej uważna na przyjmowanie radości.

 

Wierzę, że Bóg postawił mi każdego człowieka, który okazał swą dobroć w czasie zmagań z chorobą.

 

Cuda są wszędzie. Cuda to DOBROĆ. Dobroć okazywana przez ludzi, których „przypadkiem” spotykamy. Są przyjaciele, którzy pomogą w każdej sytuacji. Cuda to MIŁOŚĆ. Cuda to BÓG a Bóg to wybaczenie. Po wszystkim co przeszłam wiem, że nie jestem sama. I Tobie to mówię, że Bóg jest z Tobą. Cuda pokazują, że Bóg jest z nami. ON jest.

Wierzę, że Bóg postawił mi każdego człowieka, który okazał swą dobroć w czasie zmagań z chorobą. Otaczało mnie wielu pomocnych ludzi, zarówno w Szczecinie jak i Warszawie. I tak dzieje się do dziś. CHWAŁA PANU!!!!! Jezu Ufam Tobie.

 

Pierwsze serdeczne spotkanie z główną Organizatorką naszej posługi w Norwegii.

 

Katarzyna Szulc

Pielęgniarka. Organizatorka posługi Wspólnoty Guadalupe w Norwegii.

Artykuły: